

Mi zamieszkał kiedyś w głowie taka mądrość, powiedział to których z panów z Alice In Chains.
Numer dla nich to jest zapis jakiegoś odcinka ich życia - na dobre i na złe.
I tak ma być.
Blood Sugar red hotów nagrali zamykając się z Rubinem na bodajże miesiąc w domu w którym postawili prowizoryczne studio do nagrań - weszli nie mając albumu, wyszli mając płytę o której jak widać ludzie gadają 20 lat później.
To był pierwszy ich album gdzie na prawdę próbowali postawić na melodię i numery a nie groovey - trochę wyszło, trochę nie. Byli już zgrani jak cholera jako zespół, choć każdy z osobna coś tam kwasił - Antoś śpiewa tak se, solówki są maksymalnie niechlujne, flea burczy środkiem i jest kompletnie z dupy brzmienie werbla.
To taki przejściowy album. Już zajebisty zespół, o niesamowitej charyzmie i charakterze. Ale jeszcze nie profesjonaliści i stare wygi.
To ja słyszę na tej płycie - mają w dorobku dużo lepiej brzmiące, zagrane albumy. Mają dużo bardziej eleganckie i wyrafinowane kompozycje. Ale takiego klimatu jak na bssm żaden album nie ma, bo i nie może - to album o grupie jeszcze w sumie gówniarzy którzy zamknęli się na miesiąc w chałupie i nagrali album najlepiej jak umieli.
W sztuce to dla mnie się charakter liczy, w odróżnieniu od rzemiosła. Czasami jedno z drugim idzie w parze bardziej, czasami mniej - różnie bywa.



