10-14-2012, 08:46 AM
Powiem tak: gram na basie już ponad 17 lat (tak, tak, ponad pół życia) i z teorii rozumiem mniej więcej tyle, że... no, jest coś takiego. Próbowałem się tego uczyć, chodziłem na lekcje (najpierw, po jakichś 2 latach grania, do pewnego miłego pana w Legionowie i nie, nie był to mistrz Ścierański, potem, po wielu latach, do mistrza Bartozziego), od samego początku coś tam działałem z podręcznikami (Popławski głównie), ale... nic mi z tego nie przychodziło poza bólem głowy. Ogrywanie koła kwintowego było dla mnie katorgą. Zawsze wiedziałem, że to pożyteczne, że można wyciągnąć z tego wiedzę, ale nigdy nie umiałem znaleźć dla niej zastosowania. Moją ignorancję może zilustrować fakt, że dopiero dzisiaj, po przeczytaniu (pobieżnym - na dokładne nie starczyło mi siły mentalnej) nowego tematu Tubasa, dowiedziałem się, że akord alterowany to ogólne określenie akordów zmniejszonych i zwiększonych... Nauka teorii nigdy nie przynosiła mi satysfakcji, nie sprawiała przyjemności a nawet nie dawała poczucia podnoszenia mych muzycznych kwalifikacji. W tym momencie taka wyrocznia i jedyny właściciel Prawdy Objawionej, jak jb90, powinien spytać, po co w ogóle gram... Otóż... uwielbiam dotyk basu, uwielbiam trzymać go w rękach, wydobywać z niego dźwięki, kocham muzykę, którą w ten sposób można tworzyć z innymi, do tego niesamowitą radość daje mi granie koncertów i praca w studiu. Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Wiem, że bez choćby bazowej znajomości teorii błądzę po omacku i nigdy nie będę profesjonalistą, który będzie np. mógł utrzymywać się z pracy jako muzyk sesyjny (co bardzo by mi odpowiadało, gdyż nie musiałbym wtedy przez 5 dni w tygodniu siedzieć ze słuchawkami na głowie i gadać do buraków i kretynów aż głos mi zacznie siadać), ale też wiem, że moje umiejętności wystarczają mi do tego, co robię. Tak, chciałbym umieć więcej, chciałbym posiąść tę tajemną wiedzę o skalach, alteracjach, zasadach harmonii itd., ale sam proces zdobywania tej wiedzy jest dla mnie torturą porównywalną z jedzeniem sera pleśniowego. Do tego doba ma tylko 24 godziny, a gdy po 9 godzinach w robocie wracam do domu niewyspany i wściekły, i jeszcze mam kilka tzw. codziennych obowiązków do wypełnienia, spędzenie kolejnych kilku godzin z basem w łapach i robaczkami na pięciolinii przed oczami jest dla mnie perspektywą równie radosną co nadepnięcie na zardzewiały gwóźdź. Owszem, mógłbym znów pójść na lekcje do Bartozziego, który jest znakomitym basistą i świetnym nauczycielem, ale po pierwsze przy moich dochodach zwyczajnie mnie na to nie stać, a po drugie obawiam się, że niewiele bym z nich wyniósł. Nie z winy nauczyciela a z mojej. Marzę o pójściu do szkoły muzycznej (np. Komeda), gdyż poza samą wiedzą oferuje ona świetne środowisko do nauki, które mogłoby pozytywnie wpłynąć na moją motywację i nieco otworzyć mi łeb na wiedzę, ale tutaj kwestia finansowa jest jeszcze bardziej bolesna (zarabiając 1300-1400 zł/mies i mając co miesiąc 600 zł kredytów i 500 zł samego czynszu po prostu nie udźwignie się więcej) ... Dlatego rozumiem Lowa i jego podejście. Przy czym ma on trochę łatwiej - ma fach, wykształcenie (lub przynajmniej jest na dobrej drodze do zdobycia go), i wie, że dla niego bas to tylko sympatyczne hobby, a ja nie umiem nic, gdyż w odpowiednim momencie nie umiałem zdecydować się na jedno lub drugie. I dlatego siedzę na słuchawce za grosiki i coś tam sobie gram, nawet coś tam sobie na tym graniu zarabiam, ale mimo setek zagranych koncertów i 7 nagranych płyt niewiele tak naprawdę z tego wynika...



