Jaki to ma sens? A proszę bardzo, skończyłem nagrywać na dziś to pierdolnę dwusetny wymądrzający się referat:
dla mnie nagrania z złotego okresu mainstremowej rockowizny (czyli lata 90te) są zagrane, zaśpiewane i zarejestrowane 10 razy lepiej od analogicznych nagrań współczesnych.
Ja mam we krwi starą, amerykańską szkołę miksowania - bęben, gary, trochę perkusji, reszta albo brzmi w zakresie 10% miksu ktore ma dla siebie, albo niech wypierdala poćwiczyć. To mój gust, zbudowany na podstawie tego, że jestem już po 30tce, na takiej muzyce się wychowałem i te parę tysięcy przesłuchanych płyt później - mam już porównanie. I stare rzeczy zawsze brzmią - dla mnie - lepiej.
To nie to, że nie lubię nowej muzyki, bo lubię, ale co poradzę, że słyszę przepaść np. w realizacji mojego ukochanego instrumentu, którym są bębny.
Puść sobie stare faith no more, pearl jam - słychać pomieszczenie, słychać artykulację, słychać energię taką jaką typ miał sam z siebie, jest interpretacja numeru. Teraz słychać - niestety - kompresję i triggery.
Generalnie chuj ze mną, jestem starym i wrednym snobem. Problem jest taki, że młodzi muzycy wychowują się już na ściemnianych nagraniach w których gra beat doctor, flex i superior drummer.
Jak się bębniarz ma nauczyć na prawdę grać i brzmieć, skoro za punkt odniesienia i wzór ma sztuczną chujnię?
Dokładnie pamiętam moment w którym z bębniarzem Fat Belly odkopaliśmy jakiś stary koncert faith no more i potem ileś godzin na sali kminiliśmy jak uzyskać podobny sound garów - Piotruś przestrajał gary, ja słuchałem i kminiliśmy czy lepiej czy gorzej i czy może dolny rezonans jednak wyżej. Do skutku.
Dokładnie pamiętam też dwie godziny które spędziliśmy we dwóch spisując formę pierdolonego "fell on black days" i liczyliśmy to kompletnie z pizdy przejście garów i pauzę w połowie numeru i potem kłóciliśmy się z gitarzystami, że źle liczą bo pierwsze uderzenie to np. "4 i" a nie raz. Itp. Itd. Dziś by takiego coś w nagraniu mega gwiazdy nichuja nie przeszło.
Pamiętam też jak na imprezie siedziałem w studio - najebany - równo pośrodku dwóch zestawów perkusyjnych i dwaj bębniarze grali na zmianę na swoim zestawie i potem na garach tego drugiego. Nie mogłem uwierzyć w to, że 75% soundu przenosiło się razem z bębniarzem - nie kumam jak można kawałkiem filca przypierdolić tak, by uzyskać dwa kompletnie rózne soundy stopy - ale wyszło, że można
Z całej mojej - chuja wartej - kariery muzycznej to są najlepsze rzeczy i moje najfajniejsze wspomnienia: moment obcowania z na prawdę pięknie zagraną, pieknie nagraną muzyką która nawet po 15 latach jest dla mnie niedoścignionym wzorcem.
Jak słucham sobie na deezerze 2, 3, 4 godziny dziennie nowych nagrań to boję się, że za 3 pokolenia już takiego porównania nie będzie i jak Chris Lord Alge zdechnie to nikt nie będzie wiedział, że to co robi brzmi chujowo i nijak się ma do mistrzów gatunku.
Także omson - mnie prywatnie chuj obchodzi, że ktoś tam słucha tego co robimy na laptopie, jego problem. Od siebie wymagam więcej, mam taki durny cel w życiu, żeby ktoś za 15 lat puścił sobie moje nagranie i kminił "jak on ten bas ukręcił?".
Niestety obecnie niewiele tego jest - bo i po co, vst turbo maximizer i jazda..
ps. - Szczytem chujni jest np. to, że jeśli napiszesz w ogłoszeniu, że w twoim studiu masz stół analogowy neve i studera - nie można wyrównywać bębna, triggerować i nie ma autotune, to stawiam, że sesje rocznie będą może trzy, z czego dwie z szantami
dla mnie nagrania z złotego okresu mainstremowej rockowizny (czyli lata 90te) są zagrane, zaśpiewane i zarejestrowane 10 razy lepiej od analogicznych nagrań współczesnych.
Ja mam we krwi starą, amerykańską szkołę miksowania - bęben, gary, trochę perkusji, reszta albo brzmi w zakresie 10% miksu ktore ma dla siebie, albo niech wypierdala poćwiczyć. To mój gust, zbudowany na podstawie tego, że jestem już po 30tce, na takiej muzyce się wychowałem i te parę tysięcy przesłuchanych płyt później - mam już porównanie. I stare rzeczy zawsze brzmią - dla mnie - lepiej.
To nie to, że nie lubię nowej muzyki, bo lubię, ale co poradzę, że słyszę przepaść np. w realizacji mojego ukochanego instrumentu, którym są bębny.
Puść sobie stare faith no more, pearl jam - słychać pomieszczenie, słychać artykulację, słychać energię taką jaką typ miał sam z siebie, jest interpretacja numeru. Teraz słychać - niestety - kompresję i triggery.
Generalnie chuj ze mną, jestem starym i wrednym snobem. Problem jest taki, że młodzi muzycy wychowują się już na ściemnianych nagraniach w których gra beat doctor, flex i superior drummer.
Jak się bębniarz ma nauczyć na prawdę grać i brzmieć, skoro za punkt odniesienia i wzór ma sztuczną chujnię?
Dokładnie pamiętam moment w którym z bębniarzem Fat Belly odkopaliśmy jakiś stary koncert faith no more i potem ileś godzin na sali kminiliśmy jak uzyskać podobny sound garów - Piotruś przestrajał gary, ja słuchałem i kminiliśmy czy lepiej czy gorzej i czy może dolny rezonans jednak wyżej. Do skutku.
Dokładnie pamiętam też dwie godziny które spędziliśmy we dwóch spisując formę pierdolonego "fell on black days" i liczyliśmy to kompletnie z pizdy przejście garów i pauzę w połowie numeru i potem kłóciliśmy się z gitarzystami, że źle liczą bo pierwsze uderzenie to np. "4 i" a nie raz. Itp. Itd. Dziś by takiego coś w nagraniu mega gwiazdy nichuja nie przeszło.
Pamiętam też jak na imprezie siedziałem w studio - najebany - równo pośrodku dwóch zestawów perkusyjnych i dwaj bębniarze grali na zmianę na swoim zestawie i potem na garach tego drugiego. Nie mogłem uwierzyć w to, że 75% soundu przenosiło się razem z bębniarzem - nie kumam jak można kawałkiem filca przypierdolić tak, by uzyskać dwa kompletnie rózne soundy stopy - ale wyszło, że można
Z całej mojej - chuja wartej - kariery muzycznej to są najlepsze rzeczy i moje najfajniejsze wspomnienia: moment obcowania z na prawdę pięknie zagraną, pieknie nagraną muzyką która nawet po 15 latach jest dla mnie niedoścignionym wzorcem.
Jak słucham sobie na deezerze 2, 3, 4 godziny dziennie nowych nagrań to boję się, że za 3 pokolenia już takiego porównania nie będzie i jak Chris Lord Alge zdechnie to nikt nie będzie wiedział, że to co robi brzmi chujowo i nijak się ma do mistrzów gatunku.
Także omson - mnie prywatnie chuj obchodzi, że ktoś tam słucha tego co robimy na laptopie, jego problem. Od siebie wymagam więcej, mam taki durny cel w życiu, żeby ktoś za 15 lat puścił sobie moje nagranie i kminił "jak on ten bas ukręcił?".
Niestety obecnie niewiele tego jest - bo i po co, vst turbo maximizer i jazda..
ps. - Szczytem chujni jest np. to, że jeśli napiszesz w ogłoszeniu, że w twoim studiu masz stół analogowy neve i studera - nie można wyrównywać bębna, triggerować i nie ma autotune, to stawiam, że sesje rocznie będą może trzy, z czego dwie z szantami



