Wszystkie grane utwory mam w segregatorze. Jedna kartka - jeden utwór, kartki siedzą w koszulkach. Zapis na kartkach w konwencji "realbookowej" - czyli słowa piosenki i akordy. Dopisuję tam swoje notatki (np. dopisek "przygrywka" i obok niego nazwy kolejnych dźwięków albo podział rytmiczny podstawowej linii basu). W zasadzie to wystarcza biorąc pod uwagę, że rozpracowując i ćwicząc dany kawałek siedzę nad nim kilka godzin.
Uwaga o ograniczonej pojemności głowy jest bardzo zasadna - dla przykładu przedwczoraj opracowałem całe "All my loving" Beatlesów a następnego dnia na próbie miałem kłopot z prawidłowym zagraniem linii basu pod solówką i szyłem grubymi nićmi (bo myślałem że będę pamiętał). Zatem notowanie jest koniecznością - co szkodzi dopisać na kartce podział rytmiczny, nazwy dźwięków w przygrywce, kawałek pięciolinii czy pozycję od której zaczynamy grać?
Edit: Dopiszę jeszcze że staram się unikać zapisywania czegokolwiek w tabulaturach, jak dla mnie lepiej wstawić kilka literek czy nutek. Cyferka "8" na strunie "A" mówi mi mniej niż literka "f" w poz VIII.
Uwaga o ograniczonej pojemności głowy jest bardzo zasadna - dla przykładu przedwczoraj opracowałem całe "All my loving" Beatlesów a następnego dnia na próbie miałem kłopot z prawidłowym zagraniem linii basu pod solówką i szyłem grubymi nićmi (bo myślałem że będę pamiętał). Zatem notowanie jest koniecznością - co szkodzi dopisać na kartce podział rytmiczny, nazwy dźwięków w przygrywce, kawałek pięciolinii czy pozycję od której zaczynamy grać?
Edit: Dopiszę jeszcze że staram się unikać zapisywania czegokolwiek w tabulaturach, jak dla mnie lepiej wstawić kilka literek czy nutek. Cyferka "8" na strunie "A" mówi mi mniej niż literka "f" w poz VIII.
"Pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze" /F. Zappa/